RSS
niedziela, 01 listopada 2009
Cisza i ciemność

Cmentarze u nas takie...Ty byś pewnie ujęła to jakoś lirycznie. Jest jakoś tak melancholijnie...

Widzisz J., poza tęsknotą za tym właśnie nastrojem dnia dzisiejszego mało we mnie liryki. Za to tęsknię potwornie. Z większością rzeczy właściwie jakoś sobie radzę, ale jest kilka takich i Wszystkich Świętych na grobach w Polsce, na polskim cmentarzu z nieprzepisową unijnie emisją CO2, właśnie do nich należy. Chciałam dziś jakoś uczcić ten dzień, taka potrzeba, ale pójść na grób bliskich i zapalić znicz nie dało się z trzech powodów: wszyscy bliscy są skremowani, mają po krzaku róży z przydziału, ale nie można tam stawiać świec a i brama do krematorium była zamknęta, to pierwszy powód, drugi to taki, że w B. nie można kupić znicza, nie można nawet kupić świecy po 16.00, a trzeci-cmentarz w C. na którym można było postawić święcę (zabrałam z domu) nie skrywa w sobie żadnych bliskich. Ale skoro życie po śmierci jest na ziemi rozumiane symbolicznie, a modlitwy bez dokładnego adresu również dochodzą...

Clint Eastwood jest już bardzo stary i pewnie kiedyś, niedługo umrze. I to będzie straszna szkoda, bo nikt już dziś nie robi takiego kina, jak Clint. Bóg jednak też chce się trochę ucieszyć i już od dawna (ta myśl przemknęła mi po raz pierwszy jak zabierał Marlona) gromadzi sobie zacną trupę. Ale nie uśmiercajmy Clinta póki jeszcze oddycha, bo choć korpus mu przywiądł to umysł jasny a kamera precyzyjna. Changelling pewnie wielu znudzi. Sama początkowo zastanawiałam się, czy nie za długo się rozwija. Ale nie. Nic więcej nie powiem, bo jeszcze jedno słowo i popłynę w zachwyty zdradzając przy okazji, że w filmie brak jakichkolwiek trików i sztuczek i, że amatorom efektów współczesnych, podkręcających historię jak nie przymierzając extasy marną imprezę będzie trudno, żeby nie powiedzieć wcale:) I powinnam już nic więcej nie mówić, bo powiem przez przypadek, że Angelina urodziła się dużo za późno, bo powinna w latach 20-tych, sami zresztą zobaczcie. A i na fali sentymentalnych powrotów do przeszłości (także aktorskiej, tej mniej znanej) odgrzebałam dwa filmy z Meryl. Meryl reklamować nie trzeba, wchodzę w ciemno we wszystko, w czym ona jest a jak jej jeszcze partneruje Jack Nicholson (jak w Heartburn) czy Robert De Niro (Falling in love), to już w ogóle. I znów się nie zawiodłam. Proste historie obie, choć jedna o upadającej miłości a druga o rodzącej się, ale zagrane tak, że ma się wrażenie jakiejś emocjonalnej odkrywczości...

Będzie jeszcze dzisiaj o remontach, a precyzyjniej o ekipach remontowych dla porównania polskich i walijskich. Bo do tej pory zawsze brałam Polaków, że niby tańsi, lepsi (to ich słowa) no i mnie jednak łatwiej o cemencie i fugach gadać po polsku. Otóż gówno prawda. W jednym nie widzę różnicy-zarówno Polacy jak i Walijczycy okazywali się niesłowni jeśli idzie o termin pierwszego przyjazdu, ale potem było już tylko inaczej. Bo Walijczycy już nigdzie nie odchodzili jak zaczęli, nie chcieli nawet kawy, posprzątali po sobie i zostawili dzieło rąk swoich w takiej postaci, że w dwóch na dwa przypadki usiadłam i gapiłam się w zachwycie. Polacy natomiast prace zazwyczaj zaczynali od komentowania, jacy to 'Walusi' sa niedouczeni, fajtłapowaci i drodzy. Potem zazwyczaj była kawka, mieszanie zaprawy z przerwą na śniadanie i tak przez odpowiednio-miesiąc, trzy tygodnie, 5 dni (ostatni polski fachura nawet nie był najgorszy, ale miał jeszcze wstawić drzwi i zadzwonić za tydzień, to było, myślę, z 6 tygodni temu). No i kwestia ceny-to, co początkowo wydawało się tanie okazywało się drogie po dajmy na to miesiącu, a to co było drogie okazywało się warte swojej ceny. Moje nowe dywany leżą, jak domu druga skóra, a okna, o oknach proszę Państwa, to mogłabym nawet i całą notkę, ale to bez sensu, niech mnie ktoś zruga-w każdym razie mamy wszystkie nowe okna w naszym domostwie i teraz zamiast zagranicznych wyjazdów, będziemy (zmuszeni, także za sprawą ceny) gapić się przez okno, bo dzięki takim nowym jakoś i widok za oknem zyskał:)

Poza tym ponoć jednak idzie zima.

23:21, greta1979
Link Komentarze (4) »
wtorek, 27 października 2009
W tym roku zimy nie będzie

Gonią mnie do pisania koleżanki, ale to nie takie proste. Uświadamiam sobie bowiem, że żywot prowadzę marny i nieinteresujący. Ot, wyrabiam normy cotygodniowe jako pracownica wzorowa bez ani jednego sicka, żona, kochanka, gospodyni, a to wszystko robię będąc w szóstym miesiącu (końcówce) ciąży. Oglądam publiczną telewizję, ale nie mam głowy do debat i trudnych tematów, czytam pospolitą literaturę i tę fachową dla mam, podniecam się falującym brzuchem i martwię, że tyję...Naprawdę chcecie to czytać? No dobra, to po kolei...

Z racji stanu odmiennego w pracy mam luzy, stąd ta wzorowa frekwencja:) Pracuję z dwiema uroczymi paniami, Eleanor i Sarah, pierwsza niewerbalna, druga z autyzmem, uważam, że stanowimy bardzo zgrane trio. Do moich obowiązków należy zapewnić paniom stosowną rozrywkę, wycieczki oraz ogólnie rozumiamy fun i to mi świetnie pasuje. Nie lubię jedynie schodów w ich domu i miejsca za kierownicą robi się coraz mniej, ale liczę, że przez te dwa miesiące, które mi zostały w pracy nie urosnę na tyle, żeby się przestać mieścić.

Z racji stanu odmiennego małżonek przestał się ze mną kłócić i absolutnie się ze wszystkim ze mną zgadza, co jest irytujące i mogło by powodować pokazowe awantury, ale jak już wspomniałam małżonek w wersji ugodowej przeczuwając zbliżający się niż atmosferyczny wychodzi przycinać żywopłoty. Szlag by to...

O byciu kochanką w stanie odmiennym się nie rospiszę, no bo jak to tak, ale też występują utrudnienia. I niech mi nikt nie mówi, że od czego wyobraźnia, gdy brzuch sprawia, że nie dowidzę własnych stóp o reszcie nie wspominając. A to, co widzę, to nie bardzo chcę na to patrzeć..Ogólnie chciałam na wstępie nadmienić, że wcale mnie nie zdominowało bycie w ciąży i, że oprócz tego dużo więcej się dzieje, ale właśnie dotarła do mnie brutalna prawda, więc może od teraz bez fałszu:)

Spodziewanie się dziecka to sprawa bardzo złożona przy kompletnym braku w odczuwaniu jakiejkolwiek konsekwencji. Nauka przychodzi z wyjaśnieniem, że wszystkiemu winne są hormony i czasem dobrze, ale czasem chciało by się wierzyć, że ma się jakąś kontrolę nad własną biologią. Nie, nie ma się. Często sobie myślę, że jak na coś tak naturalnego i powszechnego jak prokreacja bardzo to jednak jest niezwykłe. A świadomość, że oto w brzuchu rośnie Ci kompletnie autonomiczna istota, z krwi Twojej i kośćca Twego męża przyprawia o zawrót głowy (ten inny od hormonalnego). Na szczęście wszystko znów pięknie balansuje biologia przychodząc w sukurs z wszelkimi ciążowymi smaczkami typu mdłości (nie, w tym roku nie mogę narzekać), zgaga, puchnące stópki, czy zepsuta waga łazienkowa (to niemożliwe, żeby pokazywała prawdziwą wagę). Jest i śmiesznie, kiedy nagle zapragnę czegoś czekoladowego, a N. akurat walczy ze swoim x-boxem i nie podrywa się wyprzedzając pragnienie czegoś czekoladowego-wtedy zalewam się łzami prawdziwymi i łkając żałośnie wyrzucam kompletnie skołowanemu N., że już mnie nie kocha, bo ja bym przecież pojechała od razu po coś czekoladowego, jakby on był w ciąży i akurat miał ochotę..Jest też stresująco, kiedy np. Zosia się nie rusza przez kilkanaście godzin, a położna mówi, że powinna. I wtedy jedziemy spłoszeni do szpitala, gdzie podpinają nas do aparatur i nagle jest, dudni, dużo szybciej niż nasze dorosłe, to maleńkie serduszko. I wtedy myślę sobie, że to dopiero początek, że całe macierzyństwo to takie właśnie jest przeplatane radością i smutkiem, stresem i dumą, bólem i największym szczęściem.

Filmowo stanęłam chwilowo w rozwoju, bo mnie J. znowu zainfekowała serialem:) Serial jest o doktorze geniuszu, który jest antyspołeczny w wymiarze jakiego jeszcze nigdy nie spotkałam. Przy tym bardzo seksowny mimo tego, że kulejący. Dr House, bo o nim tu mowa zawładnął mną na dobrych kilka tygodni. Polecam, choć uprzedzam, że odstawienie boli.

Książkowo potwierdzam jedynie teorię nt. spadającej ilości masy szarej w umózgowieniu ciężarnych. Czytam tzw. literarurę kobiecą polską, w tym, wstyd się przyznać Grocholę i nieco ambitniejszą, choć nie na pewno Kalicińską.

Na wyspach jesień złota bezdeszczowa (niemal) i cieszymy się z wciąż nierozpoczętego sezonu grzewczego. Szaleje co prawda świńska grypa, ale ponoć w życiu nie można mieć wszystkiego. Panowie majstrowie mają rozpocząć wymianę okien w naszym domostwie pod koniec tego tygodnia i nie jest źle, bo z obiecywanych 3 tygodni czekania na wspomniane zrobiło się jedynie 5. Recesja dalej dyszy nam w szyję i choć już nie naciera to jednak się nie całkiem wycofuje, a scena polityczna wciąż bez klucza w kuluarach. I tak właśnie nudnawo i przewidywalnie toczy się moje życie. Z dużego pokoju w malowniczej Llangeinor pisała do Was R.



23:38, greta1979
Link Komentarze (4) »
czwartek, 17 września 2009
Sophie Christina

13-sto tygodniowa, kiedy funkcjonowała jeszcze roboczo jako Baby Jones:)

20 tygodni żyje już na świecie i bardzo, bardzo się rusza

 

15:29, greta1979
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 14 września 2009
Rozmyślania nad falą przechodzącą przez nasze domostwo, żywocie motyli,słońcu i takich tam duperelkach

Fala jest duża, trzymetrowa, ale mam nadzieję, że po przejściu brzydkie zamieni się w ładne, brudne w czyste i kolejną falę wyzwoli. Jak do tej pory nie mieliśmy szczęścia do panów od remontu-albo byli to znajomi i przyjaciele królika, którzy wszystko zrobili wprawdzie za darmo, ale trwało to w nieskończoność i głupio było coś powiedzieć o niedoróbkach w myśl zasady o darowanym koniu. Potem było za kasę i właściwie też ciulowo. A teraz, no zobaczymy. Pan robi wytrwale już 3 godziny, jeść nic nie chce, mimo, że zaoferowałam, pije tylko wodę, raz na jakiś czas wyskakuje sobie na dymka i jest miły, choć..głośny. To nie pana wina ostatecznie, ale martwię się, bo w pokoju obok próbuje spać N. przed nocką dzisiejszą...I co najważniejsze obiecuje wszystko skończyć do czwartku. Zapomniałam o sednie-remontujemy pokoik dla przyszłej Sońki alias niewiemkto. Więc musi być ładnie, choć straszliwego pośpiechu nie ma. Sonia (lub Soni męski odpowiednik) będzie z nami na początku lutego, względnie pod koniec stycznia, jeśli wszystko ułoży się dobrze. Nie wiem na ile ufać brytyjskim ultrasonografom, ale możliwe, że w czwartek dowiemy się na Kogo to czekamy. Stopery w dłoń, przyjmuję też zakłady.

Wczoraj się nam zdarzył dzień piękny w dwójnasób, bo i oboje mieliśmy wolne i do tego była pogoda przecudnej urody, co w tym kraju zasługuje na medal a co najmniej na wspomnienie kursywą. Pojechaliśmy więc na naszą ulubioną plażę w Llantwit major, gdzie dodatkowo nie płaci się za parking, ale z plażowania wyszły nici, bo się właśnie miał zaczynać przypływ. Ale to nic, wyleźliśmy na górę z kocykami, książkami i prowiantem (nigdzie się teraz bez jedzenia i bliskiej odległości toalet tudzież pól kukurydzianych nie ruszam) i też było pięknie. Mieliśmy towarzystwo owadziane na podorędziu i nawet się gąsienic zaplątał na mojej bluzeczce znacząc mi biel wzorkiem i jak nie podskoczę, jak nie wrzasnę, a N. ze stoickim spokojem mi tłumaczył, że to przecież motyl jest tylko w poprzednim wcieleniu. Motyli w motylim wcieleniu też było mnóstwo i przyznam szczerze- je wolę. Mam wrażenie, że ich żywot jest w tym roku dramatyczniejszy nawet, bo pojawiły się znikąd w zeszłą środę wraz ze słońcem i będą musiały zniknąć pewnie już jutro, bo słyszałam idzie ku załamaniu. Nie wiem jak to jest, ale w tę stronę meteorologia się raczej nie myli :] A ja mam permanentne motyle w brzuchu i to nie z powodu zakochania, bo to już raczej dojrzała miłościcha jest a z powodu zamieszkania. Nie powiem, bardzo miłe uczucie. Nieco zadziwjające, jak tak pomyśleć skąd się bierze i, że od żywej istoty co we mnie mieszka pochodzi, ale bardzo, bardzo przyjemne i jak na chwilę ustaje (a ustaje, bo Sońka musi przecież spać), to się już niepokoję czemuż to ustało.

Słońce mnie akurat nastraja depresyjnie. Już spieszę wyjaśnić zagmatwaność mojego rozumowania-otóż fakt, że jest jest bardzo niecodzienny w tym kraju, jest wyjątkiem potwierdzającym regułę, anomalią, białym krukiem. Stanem normalnym jest:wieje i leje i ja w i e m, że wcześniej czy później, raczej wcześniej niż później do tej normalności powrócimy i jakoś nie potrafię się cieszyć, że jest, świeci, cudnie, ja czekam aż przestanie. Chore? Ale praktykowane już niemal 4 lata...Za to N. mi się spalił na raka ceglastego wczoraj i wygląda egzotyczniej niż w zeszłym roku po powrocie z Krety. A to się koledzy zdziwią w pracy. Ja mu każę mówić, że wyskoczyliśmy sobie na romantyczny weekendzik do dajmy na to Barcelony, a co. Ale ogólnie jest dobrze, niektórzy mają lepsze nastroje a mnie pranie schnie w kilka godzin. A widoki mieliśmy takie:

 

A z duperelek i duperelków, to odliczam dni do końca pracy i jest ich 117. Minus tydzień urlopu i po dwa dni wolnego w każdym tygodniu to daje relatywnie mniej. Już się nie mogę doczekać. Bo całe życie nasze to czekanie, nieprawda? Czekanie dzieli nam życie na znośniejsze, bardziej wyobrażalne etapy. Byle się nie rozmienić i nie podzielić sobie tego życia na sekundy, no chyba, że w każdej miałoby się wydarzyć coś na miarę np. urodzin Sońki, albo..Sonika (termin roboczy, po czwartku przyzwoicie wymyślimy chłopca, jeśli to chłopiec)

I jeszcze na koniec trochę wątku robotniczego. Baśka, ta od cięcia się i helikopterów spieszących jej na pomoc (czytelnik może odnieśc niesłuszne wrażenie postępującej znieczulicy u piszącej, nic bardziej mylnego, Baśka się sama swoimi ranami nie przejmuje, a ponieważ osobowość ma wyjątkową trutniową my-staff-też się nie przejmujemy, pomoc niesiemy doraźna, w taxówkę wsadzamy i Basia sobie sama jedzie na pogotowie, czeka w nieskończonej kolejce, no i za taxę sama płaci w myśl zasady, że jak poczuje na kieszeni, to może się następnym razem zastanowi) zawołała mnie dziś do siebie na górę i po wstępie, który trwał w nieskończoność pyta, czy może mi coś dać. I patrzy na mnie w t e n sposób i ja już wiem, że to narzędzie (potencjalnej) autodestrucji i się nie mylę, bo Bacha wyciąga z szuflady kawał szkła, jakiś przetrącony kufel czy co. Barbara!! Półkrzyczę z wyrzutem...Nie wiem czemu to zrobiłam ona na to, ale musiałam wczoraj podnieść ten kawałek (kawał kurna, byka by zarżnął) szkła, tyle ich było na drodze...Ok, mówię, nie robiąc przesadnych scen, ale serce mi skacze i jak cholera cieszę się schodząc na dół ze szkłem do raportu, że nie mam w tym tygodniu żadnych nocnych dyżurów a od następnego tygodnia idę pracować z Milionerką Eleonorą (kto czyta, ten wie), która łagodna jest jak baranek a jedyna niedogodność wynikająca z pracy z nią jest taka, że trza popylać w niedzielę do kościoła anglikańskiego. Ale popylę, moja kolej, byle by tylko żadnej krwi czy innych płynów ustrojowych, błeeeeeeeeeeeeee.

20:32, greta1979
Link Komentarze (2) »
środa, 09 września 2009
Ślad

Nie sposób nie zostawić śladu w dziewiątkowym dniu, a ponieważ cierpię na zanikanie szarych komórek w tempie zastraszającym (ponoć odwracalne, mam nadzieję), to powiem (i pokażę) tylko, że widziałam paralotniarza...

 

20:31, greta1979
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 07 września 2009
...

 

The childhood is measured out by sounds and smells and sights,

before the dark hour of reason grows

17:01, greta1979
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 września 2009
Dobry żart

Tak, zostawiam tu resztki z pańskiego stołu, po pańskiej uczcie.
Śniadanie mistrzów, Tiffany'ego, na trawie zostawię. A niech się pożywią.
Ci, łaknący mniej, choć bardziej. Minimaliści. Nonkonformiści. Szuje.

Czyli krew moją metodycznie upuszczaną, z każdą weną alias raną.
Obłęd i spolegliwość, tysiące walk stoczonych i żadnych orderów.
Pięć foksterierów. Swego czasu gęsto ulegałam modom.
Zdziwienia, co mnie miały ocalić, jak mówił poeta. Ostatecznie-gdzie tam.
Biżuterię. Tak. Uwielbiałam brylanty, błyskotki, maskotki, takie to kobiece.
Zapach, którego za diabła nie oddasz w poezji. Zmierzyć?
Ile warte? Może tynfa, może funta kłaków. A chciałam pomników.

 

 

 

/leje/

00:13, greta1979
Link Komentarze (2) »
środa, 26 sierpnia 2009
Ostatnie takie lato

Pewnie ckliwie to zabrzmi dla postronnego czytelnika, ale mam poczucie, że coś z tym latem w Polsce bezpowrotnie odeszło. Ponieważ przyroda nie znosi próżni, na pewno wkrótce stare zastąpi jakieś nowe, ale póki co, jedynie żal starego.

Było git. Pod (prawie) każdym względem. Relacje zawiłe wyprostowały się, czuję, na dobre. To, co wartościowe było, wartościowe jest dalej i nie zniszczyła tego żadna odległość (dobrze się o tym przekonać, Żan). To co sie psuło od dawna, upewniłam się jedynie, jest nie do wyleczenia, ale musiałam jechać, zobaczyć, upewnić się. Są też na tej liście rozczarowania, ale ponieważ nie dotyczą bezpośrednio mojego życia, muszę nad nimi przejść do porządku, bo wiem już, że nie da się powstrzymać nikogo, ani przekonać, jeśli nie zechce być przekonany. Jest zupełnie nowe, nieznane, niezapisane życie zwane Wiktorią, które to życie wchłonęło skutecznie inne byty, tak jest słodkie i uzależniające w pozytywnym znaczeniu. Oby wyrosła z niej piękna, dobra i mądra kobieta ciekawa świata i umiejąca walczyć o swoje.

Było słońce, piękny Kraków, było ponowne wetknięcie kija w zatrzymane przyjaźnie, wieczory na Kazimierzu, deser w Wentzlu, rozmowy po świt, rozmowy przedpołudniowe (pyszna ta herbata od Ciebie, Baśka), rowerki wodne były, rozmowy z mamą jakieś takie szczere, czekałam na to 30 lat, były niegroźne kłótnie z tatą (stały punkt krajobrazu), były chrzciny, kaszanka z grilla, spacery z wózkiem, wypad na pstrąga i do Dukli, picie wody ze źrodełka poznania dobrego i złego (męża), był czas w salonie piękności, doktory, apteki, analizy, była nieznośnie droga pościel z wełny wielbłąda (mamo, przegięłaś:D..) i była Nieznośna lekkość bytu Kundery (ale chwilowo, bo mnie zbyt dołowała), była wycieczka do Empiku po zastrzyk jakiegoś dobrego kina (już w domu zorientowałam się, że wybór mało relaksacyjny: Pestka, Przesłuchanie, Kalkwerk, Przemiany, Popiół i diament:)), było dużo dobrego jedzenia, choć niestety przegapiłam specjalnie dla mnie przygotowane gołąbki, ja durna. Na końcu była płacząca mama na lotnisku i podejrzanie pociagający nosem tata. Nie starczyło mi czasu na wszystko (przepraszam, Pani Helenko-za rok, spotkamy sie na pewno) i mam poczucie, że mogła bym tak jeszcze kolejne 10 dni, czy na zawsze, nie wiem, przemknęło mi przez myśl. Żałuję jedynie, że nie było ze mną N.,on by to wszystko dopełnił, a tak właśnie skończyłam relacjonować...:)



Chrzciny. Po godzinie trzymania jej na rękach, kompletnie straciłam w nich czucie:) Ale warto było.


Gracje:trzy pokolenia:)

 

Haker, ostry pies:) /wszystkie trzy fotki autorstwa P. Goraja/

22:25, greta1979
Link Komentarze (2) »
niedziela, 09 sierpnia 2009
Jestem tu tylko przejazdem

Już za parę godzin lecę do Polski. Tęsknię bardzo, ostatni raz byłam z 15 miesięcy temu. Żal mi, że N. nie może ze mną polecieć, ale cóż, czasem tak się w życiu układa. Wygląda na to, że wszyscy na mnie czekają i ja też już jestem zniecierpliwiona, jak to bywa tuż przed wyjazdem. Nie mogę się doczekać oprócz oczywistych odwiedzin rodziny i przyjaciół szczególnie pewnych smaków, które pamiętam z przeszłości i poranków, kiedy z kubkiem parujacej kawy i Wyborczą siadałam na ławce pod drzewem. O tak, na to czekam z rozkoszą...

20:34, greta1979
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 03 sierpnia 2009
Ławka

 

21:53, greta1979
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7