RSS
poniedziałek, 19 września 2011
Opowiem Wam o Kayleigh

Choć bogiem a prawdą nigdy twarzą w twarz jej nie spotkałam. Ale to mogła by być opowieść o każdej z nas, choć jest właśnie o niej.

Kayleigh ma 26 lat i niezmiernie bogatą przeszłość za sobą. Służby socjalne wciąż jeszcze nie dają stuprocentowej wiary, że przeszłość całkowicie odeszła do lamusa i co jakiś czas składają jej wizyty kontrolne. Na szczęście coraz rzadsze te wizyty i co raz mniej kontrolne, aż w końcu całkiem przestaną przychodzić.

Historia Kayleigh obchodzi mnie o tyle, że sama teraz jestem mamą i kiedyś będę mamą 16-sto letniej dziewczyny, nastolatki w wieku Kayleigh, kiedy ta zaczęła swoje pełne przygód życie. I może-jak mama Kayleigh-będę sobie zadawać pytanie gdzie popełniłam błąd, bo przecież dałam jej wszystko, co mogłam. W najlepszym gatunku.

No więc mając te 16 lat Kayleigh zaczęła próbować smaków dorosłego życia, a, że charakter miała słaby i brakło jej autorytetów, szybko znaleźli się tacy, co to puste miejsce wypełnili. Mieli ze sobą alkohol, narkotyki i obietnicę fanu-wieczna impreza i hajlajf. Skorzystała. Zaczęło się znikanie z domu na całe noce, mimo, że konsekwecją niedotrzymania umowy był zakaz wychodzenia przez następne dwa tygodnie. Kayleigh nie dbała o konsekwencje-liczyło się tu i teraz. Łapanie chwili. W międzyczasie dorosła i nikt już nie zakazywał jej wychodzić z domu, nie karał za niedotrzymane słowo, przestał wymagać. Owoc dostępny smakował jednak dalej. Przez 9 lat Kayleigh stoczyła się na samo dno, a może i jeszcze niżej. Mama Kayleigh patrzyła na to z krwawiącym sercem, najpierw próbowała, rozmawiała, tłumaczyła, biła w bezsilności, płakała i błagała. Na koniec wyrzuciła z domu-tak, jak radzą spece od uzależnień. Kayleigh znalazła faceta, któremu nie przeszkadzały jej rozliczne przywary, rzekłbyś-kochał i akceptował ją taką, jaka była. Żyli odtąd w zgodnej symbiozie pod opiekuńczym skrzydłem podatników i Jej Królewskiej Mości.

Aż któregoś dnia Kayleigh odkryła, że spóźnia się jej okres. Zadzwoniła do mamy z radosną wieścią, że ta zostanie babcią. Mama krótko powiedziała, że zaraz po urodzeniu zabiera dziecko do siebie, że nie ma mowy, że nie pozwoli zniszczyć Kayleigh maleńkiego i niewinnego życia, a w międzyczasie zrobi wszystko, żeby pod przymusem zamknęli Kayleigh na odwyku. Szorstka matczyna miłość. Kayleigh powiedziała, że przestanie. Matka już to wcześniej wiele razy słyszała.

Ale Kayleigh naprawdę przestała. Przez całą ciążę nie tknęła niczego. Każda wizyta u lekarza, czy położnej to w przypadku Kayleigh były testy i badania na obecność substancji zakazanych. Przeszła wszystkie. Dwa miesiące temu urodziła zdrową córeczkę Sophie, a system orzekł, że wygląda na to, że Kayleigh jest się w stanie zająć swoim dzieckiem nie stanowiąc dla Małej zagrożenia. Kayleigh zwykła mawiać całując maleńkie rączki: uratowałaś mi życie, Mała.

I tu mogła by się skończyć historia Kayleigh. Ale się nie kończy-niedawno u Kayleigh zdiagnozowano stwardnienie rozsiane o wyjątkowo ciężkim przebiegu. Nie wiadomo czy i jak długo będzie się w stanie zajmować swoją maleńką córeczką. Córeczką, która już raz uratowała jej życie.



17:27, greta1979
Link Komentarze (11) »
wtorek, 13 września 2011
Buzi?

fot. Anna w Walii

21:50, greta1979
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 12 września 2011
Kontrargument

Nie wiem, czy to coś da, może i nie będzie jakimś wielkim krokiem dla ludzkości, zapewne nawet i nie dla mnie, ale spróbuję się tu jeszcze trochę pokręcić i zobaczyć, czy to serce to całkiem straciłam, czy tylko chwilowy zapał.

Nie ukrywam, że to za sprawą pewnej Eli, która mnie 'odgrzebała' i trochę mi się wstyd zrobiło, że tak tu chwastem zarosło, pokryło się kurzem. To, jakby co, E., jesteś sprawczynią poniższej grafomanii.

A tu życie przyspiesza tempa, wypełnia pustki (ponoć przyroda ich nie znosi), skraca pewne odległości-wydłuża inne. Dzieci rosną, twarze matek nabierają tej charakterystycznej zmarszczkowej głębi, niektórzy ojcowie starzeją się godnie, inni się buntują prezentując przy swoim boku coraz to młodsze trofea. Na szczęście ja to tylko te rosnące dzieci i zmarszki. Mąż wciąż mówi, że kocha, a odkąd straciłam trochę sadła patrzy na mnie znów w taki sposób, że ech...

Zosia poszła do przedszkola, bo już nie miałam pomysłu jak tu jej zorganizować rówieśnicze towarzystwo do zabawy i chyba dobrze jej tam, a mnie jakoś smutno. Za tą utraconą maleńkością mojej dziewczynki, która już się robi taka samodzielna; chce sama jeść łyżeczką i widelcem, mówi skapeti i carkeys i wyrasta z dzidziusia w całkiem śliczną panienkę. To tak to już będzie? Aż do momentu kiedy na dobre opuści nasz dom z podejrzanym typem o egzotycznej urodzie i takim akcencie? Nie wiem, czy ja się na to zgadzam. I nie wiem, czy mam coś do powiedzenia. No to cóż mi pozostało poza pisaniem bloga, powiedzcie mi...?


15:22, greta1979
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 15 sierpnia 2011
Nos da, Nin (1925-2011)

 

Do not stand at my grave and weep,
I am not there, I do not sleep.
I am in a thousand winds that blow,
I am the softly falling snow.
I am the gentle showers of rain,
I am the fields of ripening grain.
I am in the morning hush,
I am in the graceful rush
Of beautiful birds in circling flight,
I am the starshine of the night.
I am in the flowers that bloom,
I am in a quiet room.
I am in the birds that sing,
I am in each lovely thing.
Do not stand at my grave and cry,
I am not there. I did not die

 

/M.E. Frye/

00:04, greta1979
Link Komentarze (4) »
niedziela, 03 lipca 2011
Złudzenie lata i pierwsze plażowanie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

12:32, greta1979
Link Komentarze (7) »
czwartek, 16 czerwca 2011
Aniele boży, Stróżu mój...

22:59, greta1979
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 28 marca 2011
Koń by się uśmiał, czyli nieczynne z powodu depresji

Nazbierało się i pękło. Choć po prawdzie nawet do końca nie wiem co. Życie. Zdarzenia.

Młode zachorowało i źle spało w nocy, a ja z nią. Zapalenie oskrzeli, tak zawyrkowała lekarka made in Asia i dała antybiotyk. Penicylinę. Zaobserwowałam dzięki temu, że przez ponad rok moje dziecko zmieniło preferencje-pierwsze podejście do antybiotyku było drogą przez ciernie, teraz-o dziwo-wystawia paszczę po jeszcze. Najważniejsze jednak, że coś działa, bo pierwsze dni były koszmarne. Serce się kraje na widok cierpiącego dziecięcia, czegóż to ja nie próbowałam...Ostatecznie pomogła maść Karvol stosowana, jako baza do inhalacji (zwykły katar to największy problem dla takiego małego stworka) i tradycyjnie, smarowniczo.

N. stracił pracę. A było tak-w jego firmie ogłosili masowe zwolnienia. Mieli liczyć punkty i kto ma najmniej (frekwencja, ostrzeżenia, umiejętności) wylatuje. Można też na ochotnika. Mąż mój chcąc być proaktywny dostał szybko nową pracę, co prawda z dojazdem, ale zawsze to coś i w starej się zgłosił na ochotnika. Niestety, mija już prawie 4 tydzień, a nowej pracy jak nie było, tak nie ma. Wciąż słyszy zapewnienia, że to kwestia czasu jest i w ogóle, ale ja się zastanawiam nad relatywizmem tego stwierdzenia. Ile j e s z c z e tego czasu? Nie muszę chyba dodawać, że sytuacja jest dość dramatyczna na tym froncie? Niemniej wciąż jeszcze wierzę i nawet jest nowa data, tym razem na 100% (jedna już była, ale to był żart)-4.04. Ano zobaczymy.

Na ulicy rewolucja. Remontują wszystkie councilowe domy ( z wyjątkiem naszego i to jest kolejny przykład promowania nieróbstwa w tym kraju, moi sąsiedzi, którym państwo płaci za wszystko, choć oni nie przepracowali w swym życiu ani godziny będą mieć piękną, nową elewację, a my dupa, bo nas stać) i huku przy tym tyle i w takim natężeniu, że nie słyszę własnych myśli (nie, żeby było czego żałować), nie mówiąc już o popołudniowych drzemkach Sophie.

Poszłam więc do fryzjera po częsci uciekając przed domowym hałasem, po części poprawić sobie nastrój, nic tak bowiem nie poprawia kobiecie nastroju, jak d o b r z e zrobioby fryz. No właśnie, bo okazuje się, że to działa również i w drugą stronę, a naprawdę nie powinnam pogarszać już i tak kruchej psychicznej konstrukcji. Krótko mówiąc wyglądam dość nieciekawie. Odrosną, pewnie. Ale z kolorem a la szop pracz muszę się pomęczyć pewnie jakieś 3 tygodnie.

No to kupiliśmy rower- trzeba sie wszak jakoś ratować, a kultura fizyczna, to podstawa w walce z dołkami wszelkiej maści. Jeśli o kulturze mowa, to zaczęłam biegać i nawet mi się to podoba. Też się dziwię. Od zawsze nie znosiłam tego rodzaju aktywności fizycznej a tu proszę-nawet mi idzie. Ale wracając do roweru-nie nie, w tym kraju nie może być po prostu tak, że pójdziesz do sklepu i wyjdziesz z rowerem. O nie. Tutaj wszystko musi nabrać mocy prawnej, a nie daj boże jeszcze, jak model, który ci się podoba jest np. ostatni. Wtedy trzeba czekać, jeść, modlić się i kochać. Gdzieś tak właśnie do momentu powtórnego załamania się pogody. Prawo serii mówią, nie?

Liczę więc, że primaaprilisowy przyjazd Czarownic z Krakowa (poproszę o polską wódkę, smalec i polską kiełbasę. chleb polski, polskie drogi i serek capri-produkowany w Polsce, hehe) serię tę przełamie, o ile coś nie spierdoli się już do końca (wspominałam o wymianie sprzęgła w samochodzie?!?) i nie utknę gdzieś w połowie między Walią a Anglią w drodze na lotnisko. Ale jak  jedna z Czarownic słusznie zauważyła: Przecież są tam jakieś PKS-y? No są, są. I mają z przodu wyrysowany taki lokalny rys, dokładnie, jak funt walijski :PP

Czarownice upraszam o rozpoczęcie pakowania (tak, tak, czas ucieka), a Czytelników (o ile ktoś tu jeszcze zagląda) o modlitwę i ofiarę. Czy inne:wish me luck.


15:20, greta1979
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 07 marca 2011
Jest mnie więcej o jeden rok

I muszę przyznać, że w świetle urodzin dzisiejszych okoliczności przyrody zyskały nowy wymiar i jest nawet haraszo, a mnie jakoś do dupy. No nic, zrzucę na wiek.

 


23:21, greta1979
Link Komentarze (7) »
niedziela, 20 lutego 2011
Miszmasz małokulturalny

Ale znów bez przesady, porządnie bluzgać też nie ma powodów. No, może znalazł by się jeden, ale co to zmieni, że sobie zaklnę na zbyt krótką dobę i zbyt wiele zadań..?

Adele śpiewa, że nieważne, że znajdzie sobie następnego podobnego do porzedniego, tylko lepszego, bo jej już nie zostawi a ja sobie myślę, że w takim razie nie mam szans na powrót do Pisania. Jak to kiedyś słusznie zauważyła moja guru Helena D.-"rozpacz tworzy największą sztukę" a ja akurat od dłuższego już czasu jestem spełniona. Mam momenty, owszem, że tęsknię za problemami, taka już moja pokręcona osobowość, oczywiście innymi niż te monetarne, czy lusterkowe, takimi, wiecie, egzystencjalnymi, ale na szczęście proza życia szybko przywraca mnie do równowagi. Bo, jak wiadomo, przyroda wcześniej czy później zawsze się zbalansuje. A i świat przeżyje bez mojej tfurczości. Raczej.

W Llangeinor sensacja na skalę krajową-pewien młodzieniec, bliżej mi nie znany, lat 29 właśnie został dziadkiem. Jak widać młode rodzicielstwo w tej rodzinie sprawą musi być pokoleń. Tak sobie w każdym razie kombinuję z cyferkami i mi wychodzi. Przedstawiłam to jako koronny argument-alternatywę w rozmowie z N., który marudził, że jak Sophie osiągnie wiek legalnego pijacza alkoholi, to on będzie starcem. Nie wiem, czy go pocieszyłam, że inni mają gorzej, bo w tym jego starczym wieku mają już praprapraprawnuków, bo po prawdzie chodziło mi o odwrócenie uwagi ode mnie-sama bowiem zostałam mamą mając więcej lat niż najmłodszy w kraju dziadek...

W pracy, tradycyjnie, odpoczywam. Nic się w tej materii nie zmieniło. Wczoraj o mały włos nie poparzyłam Tracey popper'em (to takie cuś, co robi bum po pociągnięciu za sznureczek, a potem wylatują z tego bibułkowe wstążeczki i jest fan). Na szczęście jednak okazało się, że rzeczona bardziej się przestraszyła niż została okaleczona i pracę dalej mam. Wiem, moje życie jest takie rozrywkowe...

Z rzeczy smutnych, to nieodżałowana śmierć Józefa Życińskiego-przeoczyłam w necie, właśnie się dowiedziałam. To jeden z niewielu księży, których autentycznie szanowałam za światopogląd i formę wyrazu (ciekawy artykuł). I tu. RIP.

23:10, greta1979
Link Komentarze (9) »
niedziela, 16 stycznia 2011
Mają dziś obywatele leniwą niedzielę

A to taka rzadkość w naszym gospodarstwie domowym. Szczególnie odkąd stałam się kobietą współczesną godzącą różne role społeczne:D Weekend spędziłam w 2/3 z Tracey, było bardzo...relaksująco. Gdyby półtorej roku ktoś mi powiedział, że taka zmiana nastąpi pewnie bym go wyśmiała. Tracey jest totalnie inną kobietą, cieszę sią bardzo, że nie sprawia już takich kłopotów, jak kiedyś, ale trochę mi żal jej...charakteru, który chyba odszedł wraz z typową dla niej krnąbrnością. Poza tym na przestrzeni tego czasu, który spędziłam z dala od niej wzrok Tracey okropnie się pogorszył. Szykują ją co prawda na zabieg (kataraktę się ponoć skutecznie leczy) ale kiedy i gdzie, a pewnie i czy-nie wiadomo dokładnie. Niemniej znów mogę powiedzieć, że uwielbiam moją pracę:)

Gotowanie z Jamie Oliverem poszło dziś wyśmienicie. To już się powoli staje naszą niedzielną tradycją (raz w tygodniu to aż nadto, droooogo się gotuje z Jamie), nikt nie narzeka-ja bo bardzo lubię gotować, N. bo lubi pałaszować. Dietę-tradycyjnie-zaczynam od jutra.

W primaaprilisowy weekend przylatują do mnie Czarownice na sabat. Dostałam już dowód zakupu biletów, załatwiłam sobie wolne w pracy, teraz tylko oczekiwanie na dziewczynki z Krakowa. N. nieco zzieleniał na twarzy, jak wspomniałam, że 4 baby się do mnie wybierają, ale myślę, że podoła. Na wszelki wypadek trenujemy go w sytuacjach ekstremalnych (8 godzinna opieka nad Sophie), z niezłym skutkiem muszę dodać.

Na koniec chciałam polecić wszystkim czytaczom pewną taką nową stronę, co to właśnie na dniach została oddana w nasze (internautów) ręce. Wróżę jej wielki sukces, a Autorom życzę wszelkich sukcesów, Panie i Panowie: Netkultura.


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13